niedziela, 19 lipca 2015

Rozdział 3

Brak komentarzy:
(c) lost souls


kilka tygodni później...

Każda sekunda, minuta, godzina, dzień, tydzień zlatywały w oka mgnieniu. Jak przez mgłę pamiętam że przedwczoraj zdjęto mi gips, a wszystkie rzeczy z Waszyngtonu przyjechały nie dalej jak tydzień temu. David powrócił już do firmy, nie zbyt chciał zostawiać mnie samą w mieszkaniu ale sama go wyrzuciłam bo i tak pracował w domu.
Całymi daniami, więc siedziałam sama. To ćwiczyłam grę na pianinie, gitarze, lub oglądałam telewizję. David dał mi wczoraj nowy telefon bo mój stary roztrzaskał się podczas wypadku. Chciałam do niego zadzwonić ale bałam się że pracuje i mu przeszkodę tak więc zadzwoniłam do Luka.
Luke był kierowcą Davida, miał ponad trzydzieści lat i był bardzo fajny. Jak nikt umiał mnie rozśmieszyć. Tak więc wybrałam numer i odliczając sygnały czekałam aż odbierze.
- Tak? - spytał swoim mocnym basem.
- Witaj Luke, mówi Anna.
- Oo, cześć Anna. Podwieźć cię gdzieś?
Chociaż chciałam z nim tak pogadać, ale słysząc propozycję przejażdżki nabrałam ochoty by ruszyć się w końcu z domu i zrobić porządne zakupy.
- Tak, jak masz czas.
- Będę za dwadzieścia minut. Czekaj w recepcji.
Po czym się rozłączył. Poszłam do swojego pokoju i założyłam czarną spódnice oraz szarą bokserkę. Włosy zostawiłam zaczesane w kucyk.
Do torebki schowałam okulary i czapkę oraz podstawowe rzeczy.
W windzie w dużych lustrach i tym dziwnym oświetleniu, zobaczyłam na mojej twarzy zmęczenie. Od kilku nocy nie śpię dobrze. Często budzę się z krzykiem, płaczem lub po prostu nie śpię. Cały czas mam koszmar z mamą, z którą jadę samochodem. Nie raz nic nie mówi tylko płacze, a czasem obwinia mnie o swoja śmierć.
Winda zjechała na dół a moje rozmyślenia ulotniły się w jednej chwili. W holu oprócz mnie znajdował się Matt. Ten sam od mąki. Kiedy mnie zobaczył uśmiechnął się i podszedł bliżej.
- Cześć - powiedział.
- Cześć - odrzekłam.
Przyjrzałam mu się lepiej i zobaczyłam że jest naprawdę przystojnym chłopakiem. Brązowe włosy oraz brązowe oczy, do tego ten śliczny uśmiech.
- Co słychać? - spytał.
- Jakoś leci.
nagle między nami pojawiła się skrępowana cisza. Chciałam uciec ale powstrzymywał mnie przed tym jego badający wzrok.
- Czekasz na brata? - spytała w końcu.
- Nie, na kierowcę.
Przez jego usta przebiegł uśmiech.
- Może wpadniesz dziś do mnie robię małą imprezę - spytał.
- Nie wiem - w tym momencie do holu wszedł Luke i zawołał mnie po imieniu - Muszę iść.
- Pa - powiedział podnosząc rękę.
 wyminęłam go i ruszyłam w stronę Luka, który uśmiechając się otworzył przede mnę drzwi.
- No no, ktoś ma tu adoratora.
- Nie wiem o czym mówisz Luke, on ma dziewczynę.
- Dziewczyna, to mu właśnie uciekła z przed nosa. Wzroku nie oderwał od ciebie dopóki sam na niego nie spojrzałem i ...
- ...nie postraszyłeś złą miną - dokończyłam, kiedy Luke zamknął za mną drzwi. Kiedy i on był w aucie zadał podstawowe pytanie.
- To gdzie teraz, panno Black?
- Do super marketu.


>><<<

 Kiedy wróciłam do mieszkania od razu wzięłam się za robotę. Zrobiłam zapiekankę warzywną z kurczakiem. Nie była tak dobra jak ta robiona przez Madison ale była jadalna a to był sukces.
Po gotowaniu usiadłam w salonie. Nie do końca wiedziałem co mam robić. w końcu wzięłam gitarę i zaczęłam brzdąkać. Muzyka oczyszczała mój umysł.
Moje zatracenie w muzyce przerwał dźwięk otwieranej windy i po chwili w pokoju pokazał się David.
- Witaj Mała - rzucił w moją stronę i usiał na kanapie niedaleko.
Brat zdjął buty i poluzował krawat a aktówkę położył na podłogę.
- Co porabiałaś? - spytał.
- Zrobiłam obiad.
- Naprawdę? Świetnie się składa bo jestem głodny. - Poszłam więc do kuchni i w mikrofalówce odgrzałam kawałek zapiekanki.
- A to co zrobiłaś w ogóle jadalne jest? - spytał kiedy postawiłam przed nim parujący talerz.
- Oczywiście. Ja jadłam i jeszcze żyję...
Mój żart oczywiście go nie rozśmieszył.
- Rozmawiałeś z ciocią?
- Tak. Rozmówiliśmy się, powiedziała że nie będzie walczyć ze mną o  opiekę nad tobą.
- Serio? Udało ci się ją przekonać...?
- Można tak to ująć...
 Baczenie obserwowałam Davida, bo coś mi nie grało. Najpierw ciocia chce się mną opiekować, tak że aż chce sprawy w sądzie a teraz już zgoda.
- Ile jej zapłaciłeś?
- Anna, wcale jej...
- Zapłaciłeś, pytanie brzmi ile...
- Przepisałem na nią dom rodziców w Los Angeles.
Czułam jak moją szczeka ląduje na podłodze.
- Dom.. w Los Angeles. Przecież on jest wart...
- Dwa miliony dolarów - dokończył za mnie brat. - Sprzeda go, zamieszka w nim. Mi to obojętne. Chcę tylko by trzymała się jak najdalej od Wschodniego wybrzeża. Poza tym mówiłem ci że chcę przenieść siedzibę firmy byAnn do Nowego Jorku. Chcę mieć wszystko pod ręką.
- Tak to dobry pomysł - powiedziałam choć nie wiedziałam czy mam na myśli siedzibę firmy czy zamieszkanie ciotki w Kalifornii.
Tak więc David zmienił temat i teraz cały czas mówiliśmy o firmie. Miał kilka świetnych pomysłów które i mi się spodobały.
Naszą dyskusje przerwał dźwięk otwieranej windy, wyszedł z niej Matt.
- Eee cześć - powiedział wchodząc do salonu.
- Cześć Matt - przywitał się z nim David. - Czegoś potrzebujesz?
- Nie... tylko zaprosiłem Annę na małe przyjęcie do mnie dziś wieczorem, ale nie od powiedziała mi...
David spojrzał na mnie, ja na Matta potem znowu na Davida.
- Dzięki za zaproszenie, ale mam już plany...  chciałam wymyślać jakąś wymówkę ale tylko to mi przyszło do głowy. Jejku przecież ja kłamać to za grosz nie umiem.
- Jakie plany? - odezwał się David. - Jak chcesz idź, zabaw się.
- Nie mogę - powiedziałam bardziej do Matta niż Davida i ruszyłam w stronę mojego pokoju.
- Zaraz ją przekonam - usłyszałam jeszcze głoś Davida kiedy zamykałam za sobą drzwi pokoju.
Po chwili zjawił się w nich David.
- Dlaczego nie chcesz iść?
- Bo mam żałobę. Bo nie mam nastroju do zabawy. Bo nikogo tam nie znam.
- Znasz Matta..., a tak w ogóle skąd go znasz? -spytał podnosząc brew do góry.
- Przyszedł raz pożyczyć mąki i dziś rano go spotkałam.
- Idź. Zabaw się. Proszę. Cały dzień w mieszkaniu, sama. Cud że depresji nie masz.
- Ale nie mam ochoty. Jedyne o czym teraz marze to łóżko...
- Jak ja byłem w twoim wieku...
- Jak ty byłeś w moim wieku rodzice, jeszcze żyli i nie czułeś że to co robisz jest złe czy dobre.
- Ty też się nie przekonasz czy coś jest złe czy dobre, siedząc tylko w tym pokoju. Mama by chciała żebyś po jej śmierci zamykała się w czterech ścianach.
Nic nie odpowiedziałam, bo w głębi duszy wiedziałam że David miał rację. Moja matka nie chciałaby żebym zamykała się w pokoju czy w sobie. Ale za żadne skarby mu tego nie powiem.
- Pójdź ze mną - powiedziałam.
- Nie mogę, mam jeszcze dużo roboty.
- Co ty robisz w tym biurowcu skoro i tak musisz pracować w dom?
- Najważniejsze rzeczy, Księżniczko. To co pójdziesz?
- Pójdę, ale jak mi się nie spodoba to zaraz wracam.
- Okej.
Po czym wyszedł.


>><<<

Winda jak chce to jedzie wolno, ale dziś to dostała jakiegoś powera bo zanim się obejrzałam stałam w luksusowym holu który przypominał galerię sztuki a po chwili u wylotu pokazał się Matt w białej koszuli, której rękawy były podwinięte oraz niebieskich dżinsach. Odetchnęłam z ulgą. 
Nie byłam pewna charakteru imprezy. Więc postawiłam na klasyczne czarne rurki oraz błękitny top z jedwabiu. 
- Jednak przyszłaś, już się bałem że jednak dasz sobie spokój ze mną i tą imprezą. 
- Jakbym dała spokój, mój brat chyba by mnie wyrzucił - powiedziałam oglądając wiszące na ścianie abstrakcje. 
- Chodź przedstawię cię moim znajomym. 
W dużym salonie, w którym również wisiało mnóstwo dzieł sztuki których autorów mogłam się tylko domyślać, było około dziesięciu osób. Stół był zastawiony mnóstwem słodyczy, napoi oraz alkoholi. 
- Hej, wszyscy poznajcie moją sąsiadkę Anne Black - odezwał się Matt przekrzykując zgromadzenie.
- A więc to jest Anna Black. Jetem Sara Evans.
Podeszła do mnie z wyciągniętą ręką blondynka którą kojarzyłam z windy. Była chyba młodsza siostrą tej ,,dużej Evans" z którą nie dogaduje się mój brat.
- Miło cię poznać - uściskałam jej wyciągnięta dłoń.
Potem wszyscy  po kolei podchodzili do mnie i się przedstawili. Oprócz Sary były jeszcze dwie dziewczyny: Lili oraz Kate. Wszystkie wyglądały obłędnie, w krótkich sukienkach i wysokich butach, obładowane tonami biżuterii.
- Ja jestem Toby -przedstawił się chłopak z kręconymi włosami. Potem podeszli jego koledzy: Jeremy oraz Edward. Nie mogłam się nadziwić że wszyscy byli tacy ładni.
- Widuję ciebie codzienne, non stop na mieście - powiedział Jeremy uśmiechając się tajemniczo, jakby miał sekret.
-  To chyba nie możliwe... - powiedziałam zdziwiona i trochę zażenowana tym że się tak uśmiechał.
- Możliwe możliwe. Jesteś wszędzie na bilbordach.
Wszyscy się zaśmiali, ja również się uśmiechnęłam.
- A to jest możliwe - potwierdziłam
- Pracujesz jako modelka? - spytała Sara.
- Nie, to firma mojej mamy... znaczy się... - nie mogłam powiedzieć, że ,,to moja firma" jakoś te słowa dławiły mnie. - Mama chciała bym była główną twarzą tej marki.
- Serio, ta firma należy do twojej mamy. Uwielbiam wasze kosmetyki. Najbardziej kremy. Są fenomenalne. - powiedziała Lili. - Można liczyć na jakieś darmowe próbki.
- Jasne.
- Hej hej... - odezwał się Matt i na chwilę wszyscy umilkli. - Chcecie zagrać w pijaka?
-Jasne...
- Stary serio...
Wszyscy zaczęli się ożywiać, chyba tylko ja nie wiedziałam o co chodzi...
- o co chodzi? Co to za pijak? - spytałam Sary która siedziała najbliżej mnie.
- To gra wymyślona przez naszą paczkę. Polega na...
- Podkręcona wersja gry prawda czy wyznanie... - przerwał jej Toby.
- Zamknij się gamoniu, ja jej tłumaczę. Polega na tym, że wybierasz prawdę, wyzwanie albo kolejkę. Prawda czyli zadajemy ci pytanie a ty musisz opowiedzieć zgodnie z prawdą, jeżeli wyzwanie, to musisz coś zrobić, jeżeli wybierasz kolejkę pijesz pięć kieliszków wódki. Jeżeli czegoś nie zrobisz, nie będziesz chciała, wstydzisz się, musisz za karę zdjąć jedną z rzeczy w które jesteś ubrana. Żeby było w miarę fair facet zadaje pytanie dziewczynie, dziewczyna facetowi.
- Okej, kto pierwszy? - pyta Matt.
- Gospodarz. - Krzyknął Jeremy.
- Dobra. Sara wybierasz prawda, wyzwanie czy kolejkę.
- Pytanie - uśmiechnęła się słodko do  Matta, co nie uszło mojej uwadze.
- Dobra. Czy to prawda, że kochasz Justina Bibera?
- Absolutna prawda. Beliebers na zawsze.
Wszyscy się roześmieli, oprócz mnie, bo byłam zbyt zszokowana by się śmiać. Ona na serio?
- Okej teraz ja - odparła Sara, patrząc na męska część towarzystwa. - Jeremy prawda, wyzwanie czy kolejka?
- O nie tym razem wybieram najpierw kolejkę. Wole nie pamiętać do jakich głupot mnie zmusicie.
Tak więc Jeremiemu wlano pięć kieliszków do kubka, zawartość wypił duszkiem. Skrzywiłam się kiedy patrzyłam jak to przełykała.
- Spoko. Anno, wybierz prawdę - szepnął jeszcze Jeremy, zanim odchrząknął i wypowiedział formułkę. - Tak więc Anno, prawda, wyzwanie czy kolejka?
Uśmiechnęłam i nie pewnie, ale z całą odwaga jaką w sobie mam odparłam:
- Prawda.
- Tak, no więc. Masz chłopaka?
- Nie...
- A umówisz się ze mną? - dodał patrząc smutnym wzrokiem.
- Jedno pytanie na osobę Jer - Odezwał się Matt, waląc go w ramię.
- Ej Stary, to boli. Okej, zadam następnym razem.
Gra rozwijała się dalej. A im więcej alkoholu wszyscy wypijali tym pytania i wyzwania stawały się coraz bardzie bezczelne i głupie. Mimo wszystko dobrze się bawiłam. Zabawa toczyła się dalej choć inni już zasnęli.
- Matt, pytanie do ciebie.. - powiedziała Kate, której ciężkie powieki pomału się zamykały. - Zdradź nam czy w tym pokoju jest twoja przyszła dziewczyna.
Lili zawołała głośne uuuu... Matt pochylił głowę i udał że się zastanawia.
- Nie wiem, która z was by mnie chciała. Wszystkie mnie znacie i wiecie że jestem głupkiem.
- Wcale nie... - wykrzyknęły na raz Lili i Kate.
- Dobra teraz ja... Anno, prawda, wyzwanie czy kolejka.
Leżałam na podłodze, próbując się schować. Chyba jako jedyna wypiłam nie wiele. Edward, Jeremy i Toby spali już tak samo jak Sara. Przyjaciółki Sary ledwo się trzymały, Matt zaś sprawiał wrażenie trzeźwego.
- Prawda.
Matt długo się nie odzywał i już myślałam że zasnął, kiedy w końcu się odezwał
- Czy, lubisz sok pomarańczowy?
Usiadłam z wrażania, czy on pyta serio.
- Jasne.
- To chodźmy do kuchni się napić.
Spojrzałam na towarzystwo i zobaczyła że dziewczyny już uległy zmęczeniu i leżały jedna na drugiej. Wstałam więc i ruszyłam za nim.
Kuchnia była duża i przestronna oraz identyczna jak nasza. Jedyna różnica była taka że ta wyglądała jakby korzystano z niej codziennie.
 Matt otworzył lodówkę i wyjął dzbanek soku. Nalał mi szklankę. Sok był niesamowicie schłodzony i smakował fantastycznie. Matt wyjął też plastikowe pudełeczko i przerzucił na talerz kawałek czekoladowego tortu.
- Miałem zjeść go sam. Ale nie będę egoisto i się z tobą podzielę.
Usiedliśmy więc na stołkach barowych i jedliśmy wspólnie jeden kawałek tortu. Z boku wygadaliśmy zapewne jak para.
- Dobrze się bawiłaś? - spytał właściciel ciasta.
- Tak, dziękuję za zaproszenie.
- Cała przyjemność po mojej stronie.
Uśmiechnęliśmy się do siebie.
- Masz fajnych przyjaciół.
- No nie... Czasem są absurdalni ale idzie wytrzymać.
- Długo się znacie?
- Z Jer i Tobym znam się od dziecka. Edwarda dołączył do nas w podstawówce. Evans też znam od dziecka. Przez pewien czas nawet kręciliśmy ze sobą ale nie wyszło... Za to jej koleżanki zawsze porostu były i już zostały. A ty masz przyjaciół... w Waszyngtonie?
- Nie... miałam paczkę z którą się rozumiałam i dogadywałam. Chodziliśmy na imprezy i do kina. Ale nie byli to ludzie którym mogłabym powierzyć duszę... wiesz o co chodzi. Za to miałam dobrego chłopaka - uśmiechnęłam się na myśl o Thomasie. 
- I co z nim? - spytał Matt.
- Wyjechał do Paryża. Jego ojciec był inżynierem a matka projektantką mody, oboje dostali świetne propozycje pracy. Przez dwa miesiące próbowaliśmy utrzymywać związek na odległość. Ale takie coś nigdy się nie udaje.
- To fajnie że jesteś wolna...
- Szkoda że tak się nie czuję.
Resztę cista zjedliśmy w milczeniu. Po północy zaczęłam się zbierać, Matt odprowadził mnie do windy. Czekając zapanowała miedzy nami dziwna cisza.
- Może chcesz się ze mną jutro umówić? -  spytał przerywając ją.
- Och.... - Randka?!
- Do kina - dodał. Na moje szczęści winda już przyjechała i drzwi się otworzyły. Nie wiedząc co mu odpowiedzieć, powiedziałam starą śpiewkę.
- Nie wiem.
- A co wiesz? - spytał uśmiechając się. - To nie jest randka, zwykłe spotkanie. - Dodał uspokajająco.
- Okej.
Drzwi się zasunęły a ja poleciałam prosto do nieba.

niedziela, 28 czerwca 2015

Rozdział 2

Brak komentarzy:

lost souls

Jechaliśmy samochodem, było to czarne audi. Siedziałam na miejscu pasażera i przez okno widziałam że zmierzcha. Zza kierownica siedziała mama w czarnej garsonce. Na ręku połyskiwała platynowa bransoletka wysadzana błękitnymi diamentami. Włosy miała rozpuszczone i mimo że twarz miała zwróconą w stronę drogi, wiedziałam że płacze.
- Czemu płaczesz? - spytałam.
Nie opowiedziała ale z jej gardła wydobył się głos. Wtedy zorientowałam się że jedziemy pod prąd. Samochody jechały prosto na nas. Zaczęłam mówić mamie by zawróciła. Ale ona tylko jechała, nie słuchała, nie mówiła nic. Łzy płynęły już nie tylko jej ale i mi. Zaczęłam krzyczeć by zwolniła, bo jechaliśmy coraz szybciej. Zaczęłam krzyczeć a mama zaczęła  jeszcze bardziej szlochać. wtedy zobaczyłam że prosto na nas jedzie duży samochód ciężarowy. 
- Przepraszam Anno, przepraszam - jęknęła moja rodzicielka i wtedy tir wjechał prosto w nas.

- Anno! Anno!!
Usiadłam na łóżku prosto i wtedy uświadomiłam sobie, że ten tir i matka to tylko był sen. Odetchnęłam z ulgą. Mimo to i tak sprawdziłam czy jestem cała.
- Anno, wszystko w porządku? - spytał David, który stał obok mojego łóżka. Wtedy przypomniałam sobie, że słyszałam jak mnie wołał.
- Tak to... to tylko koszmar - opowiedziałam lekko drżącym głosem. Chrząknęłam i poprawiłam kołdrę.
David usiadł naprzeciwko mnie. Zobaczyłam że był bez koszulki i miał na sobie tylko spodnie od piżamy.
- Ann, może chcesz żebym umówił cię z psychologiem? Doktor w szpitalu mówił, że powinnaś porozmawiać ze specjalistą. Nie chcę cie do niczego zmuszać, ale może ci to pomoże - wyszeptał mój brat.
David miał rację, potrzebowałam psychologa ale zawsze uważałam że mówienie obcej osobie o tym co mnie dręczy jest nie właściwe. Myślę że to ja sama powinnam się z tym zmierzyć. Moje demony to moja sprawa.
- Dam sobie radę... sama - odparłam poprawiając poduszkę i kładąc się na boku.
- Wiesz, że masz mnie, pomogę ci jeśli tylko zechcesz ze mną porozmawiać. To już twój drugi koszmar, a jak nie śpisz to płaczesz. Te ściany są cienki i wszystko słychać.
- Przepraszam, obiecuje że się poprawię. 
- Anna, nie chcę cię zmieniać. Chcę tylko byś się uśmiechnęła i była taka jak zwykle. Jeśli masz problem to porozmawiaj ze mną. 
- David... - chciałam go zapewnić że wszystko będzie dobrze, ale zamiast tego, pojawiły się łzy a w gardle urosła gula. Po chwili już szlochałam a David głaskał mnie po dłoni. - ... straciłam mamę i... chyba to moja wina... widziałam że nie zapina... pasów. Ja... ja... Boże, mama nie żyję... i  to... wszystko... przeze mnie.
Powiedziałam w przerwach między pociąganiem nosem a szlochem. Oczekiwałam słów pocieszenia... chyba. Ale mój brat milczał, za to tylko głaskał mnie jak psa. 
- Może byś coś powiedział,a nie głaszczesz mnie jak jakiegoś czworonoga.
- Anno, pamiętaj że to była również moja mama. Wiesz jak ja za nią tęsknię, wiesz ile bólu sprawiło mi zorganizowanie pogrzebu. Ale domyślam się, że twój ból jest o wiele bardziej większy, bo byłaś z nią w tej chwili. Obwiniasz się za to co się stało, bo ty przeżyłaś a mama nie. Ale zastanów się dobrze, czy ona nie chciałaby byś cieszyła się życiem, byś śmiała się, chodziła do kina lub teatru?
- Łatwo ci mówić.
- Wcale nie łatwo. Nawet nie wiesz co przeżyłem gdy dowiedziałem się o wypadku.... myślałem że ty również umrzesz. Uważałem to za cud że twoje obrażenia okazały się nic nie znaczące. Uwierz mi, mama cieszy się, że możesz żyć i lepiej nie marnuj tej szansy.
- Więc co mam robić? - spytałam.
- Przestań chodzić po domu jak, cień i weź prysznic. Jeśli chcesz możemy pojechać jutro, na zakupy. Albo raczej dzisiaj, bo jest już po drugiej w nocy.
- Okej.
- Okej. Obiecujesz poprawę?
- Tak.
- Dobrze to ja lecę jeszcze troszkę pospać. 
David przeciągnął się i ruszył do drzwi. Potem przypomniałam sobie o bransoletce którą widziałam we śnie.
- David, co z rzeczami mamy i moimi, które zostały w Waszyngtonie. 
- Wysłałem po nie mojego przyjaciela. To zaufany człowiek, sprawi że wszystko przybędzie tu na czas. Możliwe, ze wszystko będzie już jutro. 
- Dziękuję.
Resztę nocy spałam jak suseł

>><<<

Kiedy rano się obudziłam, czułam się dziwnie lekka. Jakby wydarzenia których doświadczyłam w nocy, czyściły moją duszę. Wstałam i tak jak powiedział w nocy David, ruszyłam wziąć prysznic. okazało się, że to wcale nie takie łatwe przez gips na ręce. Bardzo starałam się go nie zmoczyć mimo to i tak co rusz wpadałam z nim pod strumień wody. Najgorzej było umyć głowę. Musiałam spienić szampon lewą ręką. Stwierdziłam też powinnam ogolić pachy i nogi , ale potem sobie odpuściłam. Najwyżej założę długie spodnie i bluzkę z rękawkami. 
Po tym dziwnym prysznicu, poczułam się czysta. Weszłam do pokoju gdzie pod szafą stała moja jedyna walizka. Jakie to było szczęście że nie były w naszym samochodzie tylko w aucie ochrony. Mogły zostać zarekwirowane przez policję i oddane Bóg wie kiedy. 
Otworzyłam teraz bagaż i wyjęłam czarne dżinsy, do tego biały to oraz szary sweter kaszmirowy. Mimo że był sierpień, pogoda była deszczowa. Wyjęłam też kosmetyczkę. Stojąc przed lustrem w łazience, odkryłam że wyglądam paskudnie. Nad brwią miałam założony plaster. Wcześniej były szwy, ale zdjęto mi je kiedy wychodziłam ze szpitala. Rana była krwawiąca ale nie taka głęboka jak wszyscy myśleli. Za parę dni nie będzie po niej śladu. Pod oczami miałam fioletowe cienie, a mokre włosy były skołtunione. 
Przeprowadziłam moja buźkę przez wszystkie przebiegi oczyszczające jakie mogłam wykonać za pomocą środków w kosmetyczce. Dwa razy umyłam żeby. A rozczesane i wysuszone włosy zaplotłam w warkocz. Zrobiłam też sobie lekki makijaż.
Potem założyłam rzeczy które sobie przygotowałam. W lustrze zobaczyłam dawną siebie, może nie do końca gdyż moje błękitne oczy zionęły smutkiem. Kiedy się uśmiechnęłam, wyglądałam sztucznie. Darowałam sobie próby udawania szczęśliwej i ruszyłam do salonu.
David już tam był. Leżał na kanapie i oglądał telewizję. Miała na sobie teraz czarne dżinsy i bawełnianą koszulkę z napisem ,,Szef na urlopie".
- Hej Księżniczko, widzę że jesteś gotowa do wyjścia - powiedział kiedy zauważył moje wejście.
- Cześć... a nie zjemy śniadania.
David uśmiechnął się, jakbym mu właśnie opowiedziała  kawał. Był to uśmiech który powstrzymywał śmiech.
- Zjemy na mieście - odparł i wstał. Poszedł do sypialni, stamtąd wrócił w innej koszulce. Mniej obciachowej niż tą którą miał. - Radzę ci wziąć czapkę i okulary.
- Czemu? 
- Bo na dole, przed wejściem stoi gromada reporterów i paparazzi. Musimy się maskować. 
- Ale czemu tam....
- stoją? - dokończył za mnie brat. - Bo jesteś siostrą jednego z najbogatszych ludzi w Nowym Jorku, a jego matka zabiła się jadąc z tobą samochodem. W telewizji mówią że Sylwia Jenny Black była pod wpływem alkoholu, albo prochów. Uwierz mi, lepiej się zasłonić.
- Skoro tak mówisz.
Wzięłam z walizki okulary przeciwsłoneczne ale nie miałam żadnej czapki. Na szczęście, David miał ich parę i dał mi jedną z napisem ,,Black" .
- Firmowa, lepiej jej nie zgub - powiedział mrugając do mnie.
Weszliśmy do windy. Black zaczął jeszcze pisać wiadomość do swojej sekretarki by przełożyła mu spotkania na następny dzień. Trochę żałowałam że odrywam Davida od jego pracy, ale tylko trochę. 
Mój brat mieszkał na ostatnim piętrze w tej rezydencji.
 Myślałam że będziemy jechać sami aż do parteru, ale ku mojemu zdumieniu otworzyła się na jednym z pieter. Do środka weszły trzy osoby. W jednej z nich rozpoznałam chłopaka który wczoraj wpadł po mąkę. Jak on miał na imię? Max? Nie, Matt? Tak. Matt. Towarzyszyły mu dwie dziewczyny. Obie blondynki, jedna była wysokonoga, miała niebieskie oczy i długie blond włosy. Obok niej stała niższa i młodsza (być może w moim wieku). Ona również miała niebieskie ozy, ale włosy były prostsze. 
- Witaj Black - odezwała się starsza blondynka do mojego brata.
- Och, Evans. Miło cię widzieć.
W glosie mojego brata wyczułam lekko zgryźliwy ton. Wyczułam że jej nie lubi, po chwili i ja także uświadomiłam sobie że jej nie polubię.
-  Coś taki zgryźliwy Black? Interesy źle idą - spytała sztucznie słodkim głosem Evans. 
Tak się zapatrzyłam w wymianę słów mojego brata z blond kobieta że dopiero po chwili zauważyłam że Matt mi się przygląda. Kiedy napotkał mój wzrok odwrócił się i złapał za rękę młodszą blondynkę. To chyba była jego dziewczyna ,,od ciasteczek".
Ponownie skupiłam wzrok na barcie.
- Jak wiesz interesy idą bardzo dobrze. Zapewne słyszałaś że podpisaliśmy kontrakt z Davson&Garry. 
Usta blondynki ułożyły się w literkę ,,o" . 
- Twoja mina mówi, że nie słyszałaś - powiedział David i uśmiechnął się podnosząc kącik ust do góry.
Drzwi windy otworzyły się. David wyjął telefon i szybko wybrał numer.
- Luke. Podjeżdżaj jesteśmy w recepcji.
Przez przeszklone drzwi widziałam tłum ludzi z ustawionymi kamerami i aparatami.
- Może wrócimy do domu i zamówimy pizze - powiedziałam zawracając się w stronę windy.
- O nie moja panno, wychodzimy na zakupy.- powiedział David łapiąc mnie za łokieć.
Wtedy Evans odwróciła się i zmierzyła mnie wzrokiem. David jakby wyczuł zainteresowanie innej osoby zasłonił mnie przed nią,tak że widziałam tylko jego pierś. 
- Och Black, a więc to twoja siostra? - usłyszałam jeszcze głos tej całej Evans, chciałam coś powiedzieć ale wciął mi się brat
- O samochód czeka - powiedział David zakładając czapkę i okulary. Ja również założyłam i razem ruszyliśmy przez gąszcz reporterów.


>><<

David zabrał mnie najpierw do restauracji,gdzie zjedliśmy naleśniki z owocami i miodem, wypiliśmy po kawie i szejku truskawkowym. Potem poszliśmy na zakupy. David kupował mi każdą rzecz nawet nie patrząc na cenę, Tak więc wróciliśmy obładowani torbami.Tym razem nie przechodziliśmy przez tłum reporterów bo szofer zatrzymał się w garażu i stamtąd wjechaliśmy na górę.
- Dlaczego wcześniej nie wyszliśmy garażem? -spytałam.
- Chciałem by to że zemną mieszkasz stało się faktem - odparł David.
- Ciocia Kate?
- Chce mnie podać do sądu. Według niej to ona powinna przejąć nad tobą opiekę. Ale ty chyba nie chcesz z nią mieszkać?
- Jasne że wolę z tobą.
Przeraziłam się że ciocia chce się mną tak opiekować że aż wnosi sprawę do sądu.
Usiadłam na kanapie i zdjęłam buty, pół dnia chodziliśmy  po sklepach i moje stopy po prostu błagały o masaż.
- Chcesz zamówić coś do jedzenia? - spytał David przychodzą z kuchni wraz z ulotkami.
- Dlaczego po prostu nie zatrudnisz kucharza? Co nie stać cię?
David prychnął i podniósł jeden kącik ust do góry.
- No co? Mógłbyś zatrudnić Madison. Pracowała u nas w domu w Waszyngtonie. Była fantastyczna niewiele starsza ode mnie, chyba w twoim wieku. Zajmowała się całym domem, gotowała, sprzątała, robiła zakupy. Ale jak ona gotowała, mówię ci jej strudel z jabłkami albo kaczka z pomarańczami...
Na samą  myśl aż mi ślinka leci.
- Jeżeli chcesz, mogę ją zatrudnić...?
- Było by fajnie.... tylko nie wiem czy się zgodzi. W Waszyngtonie ma wszystko studia, rodzinę, chłopaka.
- Zgodzi już ja z nią pogadam. A tymczasem wolisz pizzę czy tajskie?

wtorek, 23 czerwca 2015

Rozdział 1

Brak komentarzy:
lost souls

5 dni potem...

Przez ostatnie pięć dni nie ruszyłam się na krok z apartamentu Davida. Mój brat jest od wczoraj moim prawnym opiekunem. Wszystko odbyło się cicho i bez szumu. Wczoraj także został odczytany testament mamy. Firma byAnn została zapisana na mnie tak jak przewidywał to David. Ale dopóki nie osiągnę pełnoletności firmę będzie prowadził mój brat wraz z rada  nadzorczą. Jednym słowem wszystko układa się dobrze. 
Mimo że codziennie dochodzą mnie jakieś fantastyczne wieści nic nie poprawia mi humoru. Próbuję oglądać telewizję, przeglądać facebooka czy słuchać muzyki wydaje mi się to nie stosowne. Nawet książki które kiedyś czytałam całymi dniami wydają mi się nic nie znaczącym zajęciem. David przedwczoraj powrócił już do pracy. Od trzech lat mieszkałam w Waszyngtonie i nie miałam znajomych w Nowym Jorku. Nie znałam popularnych miejsc które tu są i ogólnie nie wiedziałam nic. 
Korzystając z tego że nikogo nie ma w apartamencie postanowiłam go pozwiedzać. Całe mieszkanie było urządzone w nowoczesnym stylu. Przeważał kolor czarny z biało szarymi elementami. W salonie była ciemno szara kanapa z białymi i czarnymi poduszkami gdzie naprzeciwko wisiał duży czarny ekran telewizora. Ściany były białe, po za jedną gdzie były zamontowane panele. W salonie największa atrakcją był chyba fortepian czarny i błyszczący oraz gitara. 
Podeszłam do instrumentu. Nie byłam wybitną pianista, ale słyszałam że gram nieźle na gitarze. U Davida było znów odwrotnie. Mamie zależało abyśmy umieli grać na instrumentach, być może dlatego że ona nigdy się nie nauczyła. 
Usiadłam na przeciwko czarno białych klawisz. Zaczęłam grać melodie której nauczyłam się wiele lat temu. Na początku nie szło mi dobrze, ale z każdą próba było już dobrze. Melodię grałam jedna ręką, bo gips utrudniał grę drugą. Kiedy skończyłam zagrałam ją od nowa, a potem jeszcze raz i jeszcze raz, aż zabrzmiała bez żadnej pomyłki. 
W końcu zamknęłam klawiaturę i o mało palców sobie nie przycięłam kiedy usłyszałam oklaski za moimi plecami.
- David, o mało palców sobie nie przycięłam  - powiedziałam głośno zirytowana faktem że tak mnie straszy. Odwróciłam się z zamiarem napaści na niego ale ku mojemu zdumienie to nie był David tylko jakiś obcy chłopak, być może w moim wieku.
- Ta, Davidem nie jestem, ale przepraszam, że twoje palce o mało przeze mnie nie ucierpiały. 
- Przeprosiny przyjęte ale ten sarkastyczny ton to możesz sobie darować - powiedziałam rozcierając dłoń i patrząc spod oka na obcego przybysza. - Czego tu szukasz tak w ogóle?
- Mąki chciałem pożyczyć - powiedział, zmieniając ton. 
- Mąki? Na co ci mąka? - zaciekawił mnie.
- Będę piekł ciasteczka z moją dziewczyną. Może chcesz się przyłączyć? - zauważyłam że specjalnie zaakcentował słowo ,,dziewczyna" ale co mnie obchodzi on albo jego dziewczyna, albo jakieś ciasteczka. 
- Nie, akurat mam coś do roboty - powiedziałam. On zaś zlustrował okiem moją czarną jedwabną piżamę w której poruszam się od domu od czterech dni, związane w supeł włosy oraz rękę w gipsie. - Chodź dam ci tę mąkę.
Wkroczyliśmy do niesamowicie urządzonej kuchni, było w niej wszystko co powinien mieć dobry szef kuchni. Szkoda że marnowała się w apartamencie w którym jedyną rzecz jaką umie się ugotować jest woda na herbatę. Zaczęłam zaglądać do wszystkich szafek, i choć były pełne najróżniejszych śmieci, nie było w nich mąki. W tym domu chyba nikt nie lubi naleśników.
- Chyba nie mamy mąki - odparłam zaglądając do szafki która była pełna garnków.
- To mnie pocieszyłaś. Będę chyba musiał iść do sklepu - powiedział uśmiechając się.
- Na to wygląda. Jak chcesz ciasteczek to musisz się poświęcić - powiedziałam zaglądając w szafki które były w wyspie kuchennej. Które okazały się pełne rachunków po zamówionych, gotowych, daniach z restauracji .
- Ta u nas mąki na pewno nie ma - powiedziałam podnosząc się.  Nieznajomy przyglądał mi się teraz z zainteresowanie.
- Pomóc w czymś? - spytałam kiedy jego wzrok stał się zbyt natarczywy. 
- Tak w ogóle to kim jesteś? - pytanie na pytanie, niezłe zagranie. Ale zamiast odpowiedzieć roześmiałam się. Po czym spoważniałam przypominając sobie dlaczego tu jestem.
- To ty wszedłeś i się nie przedstawiłeś. Ja tu mieszkam od raptem dziewięciu dni. 
- Rzeczywiście duży staż, ja tu mieszkam od siedemnastu lat i znam wszystkich lokatorów, wiem kto mieszkał wcześniej i znam tych nowych. Ciebie zaś wiedzę pierwszy raz.
Nic na to nie odparłam, nalałam sobie wody do szklanki i popijając patrzyłam na nieznajomego. 
- Dziewczyna na ciebie nie czeka? - spytałam słodkim głosikiem.
- Matt Prince, sąsiadem jestem - powiedział. Podeszłam do niego i z uśmiechem satysfakcji przedstawiłam się.
- Anna Black, siostra tego co tu mieszka.
Roześmiał się.
- Dlaczego wcześniej cię tu nie spotkałem. 
- Wcześniej mieszkałam w Waszyngtonie, przeprowadziłam się nie dawno. 
Byłam zmuszona do przeprowadzki ale kogo to obchodzi.
- Och i podoba ci się tu?
- Mieszkałam już wcześniej w Nowym Jorku, ale wtedy byłam bardziej zależna od rodziców. Nie znam tu nikogo. Poza tym przechodzę żałobę i nie mam ochoty nigdzie wychodzić.
- Żałobę? Po kim, po kocie? - chyba myślał że chcę go spławić skoro uznał że żartuję.
- Po mojej mamie - odparłam przełykając ślinę.
Matt od razu spoważniał, i zaczął mnie przepraszać, ale było za późno, bo łzy zaczęły pojawiać się w moich oczach, a wspomnienia z wypadku nagle stały się tak realistyczne.
- Już dobrze, dobrze. Odprowadzę cię do drzwi. 
Chłopak wciąż mamrotał przeprosiny a ja prawie siłą wypchnęłam go z mieszkania. 
Do końca dnia przeleżałam w łóżku przeklinając siebie i swoją słabość.

Prolog

Brak komentarzy:

Moja matka jest szaloną kobietą. Nie lubi samolotów, bo ma lęk wysokości a pociągi i autobusy przerażają ją w takim samym stopniu co zepsuta ryba na obiad. Dlatego z Waszyngtonu do Nowego Jorku jedziemy samochodem. Nie przeszkadzałoby mi to zbytnio gdyby moja matka było choć trochę dobrym kierowcą, ale ona zna przepisy drogowe w takim samym stopniu co ja historię wojny secesyjnej. Czyli w ogóle. Oczywiście moja mama ma prawo jazdy ale zrobiła je tylko dlatego żeby mieć, nigdy nie musiała prowadzić samochodu, ma od tego szoferów.
Za to dziś ja coś tknęło i teraz jedziemy ponad 180km/h autostradą. Ochrona która zawsze jeździ z nami została zgubiona. Jedyne co mnie zadowalała w całej tej sytuacji to to, że jest mały ruch.
-Zwolnij troszkę - powiedziałam kiedy zaczęła wymijać kolejne napotkane auto.
- Och, Anna wyluzuj troszkę - po czym się roześmiała.
Spojrzałam na moja rodzicielkę. Jej włosy czarne jak smoła były uczesane w kok, a błękitny kostium podkreślał kolor jej niebieskich oczu takich samych jak moje. Różowe usta, rozciągały się w uśmiechy ukazując białe zęby. Była piękną kobietą i choć miała prawie pięćdziesiąt lat wciąż wyglądała kwitnąco. Była szczęśliwa i odprężona tak jak dawniej kiedy żył tata i spędzaliśmy wspólny czas w domku nad jeziorem.
Nagle mama jakby przyciągnięta moim wzrokiem spojrzała na mnie.
- Co Anno, mam coś na twarzy?
- Nie, tylko... Kocham cię mamo.
Roześmiała się jak zwykle słysząc te słowa. Lubiła być doceniana, a te słowa były dla niej największą w życiu nagrodą. Był to też jej słaby punkt, normalnie miękła przy tych wyznaniach.
- Też cię kocham...
Nagle wszystko przyśpieszyło i ucichło. Na początku widziałam tylko mamę ale potem poczułam że wzlatujemy w górę. Spojrzałam w przednią szybę i widziałam niebo, a potem samochód walnął mocno o ziemię.  Poczułam jak poduszka powietrzna wystrzela pode mną. chciałam zobaczyć czy wszystko okej z mamą ale nie mogłam się ruszyć. Bolała mnie ręka a na twarzy czułam ciepłą ciecz. Mimo bólu wiedziałam że mieliśmy wypadek. Wiedziałam, że jeszcze żyję. Potem wrócił mi słuch. Słyszałam samochody, głosy których słów nie rozumiałam. Poczułam też czyjeś dłonie na mojej szyi a potem krzyk, że żyję. Potem słyszałam ambulans. Byłam przytomna jak wynieśli mnie z wraku samochodu, ale oczy miałam zamknięte. Czułam się sparaliżowana, kiedy kładli mnie na noszach. Czułam każdy dotyk, ale bałam się poruszyć, odezwać się, nawet wskazać miejsce które mnie boli.
Kiedy zasunięto drzwi karetki straciłam przytomność.


>><<

Kiedy się obudziłam, od razu wiedziałam że byłam w szpitalu. Choć sala w której leżałam znacznie różniła się od pomieszczeń szpitalnych które widziałam w telewizji. Przypominał przytulny pokój ze ścianami w kolorze morskim oraz ciemną wykładziną. Można by pomyśleć że to był zwykły pokój gdyby nie fakt że byłam podłączona do maszyny z małym ekranikiem który pokazywał pracę mojego serca. Miałam też na sobie piżamę szpitalną, a prawa ręka była w gipsie.
Ręka i gips uświadomiły mi że miałam wypadek. Wspomnienia zaczęły powracać. Uśmiech mamy, samochód w powietrzu, dłonie na szyi, okrzyk że przeżyłam. Zaczęłam się bać o mamę, nie wiem gdzie jest ani czy żyje.  Znalazłam przy łóżku przycisk i wezwałam pielęgniarkę.
Zjawiła się po pięciu minutach a za nią szedł wysoki, przystojny mężczyzna w którym rozpoznałam mojego brata, Davida.Czarne włosy miał w nieładzie, jak zwykle... zaś niebieska koszula była pognieciona. Pod oczami miał ciemne podkówki co świadczyło o tym, że niewiele spał.
- Och, w końcu się obudziłaś księżniczko... - zaświegotała miłym głosem pulchna pielęgniarka. Podeszła do monitora i zaczęła coś sprawdzać po czym zwróciła uwagę na mnie. Położyła dłoń na głowie sprawdzając czy mam gorączkę i zadawała pytania ,,Czy wiem gdzie jestem?" ,,Czy wiem dlaczego tu jestem?" ,,Czy nie czuję mdłości?".
David stał w nogach łóżka i przyglądał się temu ze zmarszczonym czołem. Jego niebieskie oczy, takie same jak moje śledziły każdy ruch ręki pielęgniarki.
- Bardzo dobrze - rzekła pielęgniarka wpisując coś do kartki na podkładce. - Podczas wypadku złamałaś rękę i rozcięłaś łuk brwiowy. Miałaś też lekkie wstrząśnienie mózgu. Ale wszystko już z tobą w porządku. Trochę strachu nam napędziłaś, bo nie budziłaś się od dwóch dni. Dobrze zostawię cię teraz z bratem. Za moment przyniosę ci coś do picia i jedzenia, na pewno jesteś głodna.
Po czym odeszła.
David usiadł na krzesełku obok łóżka ale nawet na mnie nie patrzył, jego zmęczony wzrok był utkwiony w podłogę.
- Co z mamą? - usłyszałam swój zachrypnięty głos.
- Zmarła na miejscu.
Nic więcej nie musiał dodawać. 


>><<

Trzy dni temu wyszłam ze szpitala. Wczoraj odbył się pogrzeb mamy. Od tego dnia siedzę zamknięta w moim pokoju nie zdolna by cokolwiek robić. Mieszkam teraz u Davida, lecz nie potrwa to długa. Ciocia Kate, siostra mamy, chce przejąć opiekę nade mną. Słysząc wczorajszą rozmowę Davida z adwokatem jest to możliwe. Oczywiście to brat chce się mną opiekować do czasu uzyskania przeze mnie pełnoletności. Mam szesnaście lat choć na tyle nie wyglądam. Jestem też w klasie wyżej bo udało mi się przeskoczyć jedną w podstawówce. Tak więc troszkę czasu jeszcze mam, by kroczyć w dorosłość.
Słyszę ciche pukanie do drzwi więc poprawiam koc i cichym głosem mówię ,,Proszę".
- Cześć Ann. Mam dla ciebie obiad - powiedział David niosąc tacę na której stały parujące talerze. Brat wziął ostatnio kilka dni urlopu, więc porzucił szykowne garnitury na rzecz czarnych dresowych spodni i bawełnianych koszulek.
- Nie jestem głodna - odrzekłam kiedy stawiał na pościeli jedzenie. 
Było to proste danie, zwykły makaron w pomidorowym sosie, mimo to od razu zrobiło mi się ciepło na sercu.
- Zjedz tylko troszkę. - David przekręcił głowę i wydał usta. Uśmiechnęłam się chyba pierwszy raz od wypadku. Sięgnęłam po talerz. Makaron i sos były pyszne. Trochę trudno było mi jeść lewą ręką bo prawa była w gipsie. W końcu kiedy po raz trzeci makron spadł mi z widelca David się roześmiał.
- Nie mogę tego nałożyć - powiedziałam zgryźliwym tonem. 
- Mam cię nakarmić?
Nigdy nie byłam z baratem zbyt blisko. Jako nastolatek większość czasu przebywał z kolegami a po college założył firmę. Teraz biznes idzie świetnie a David Black jest w pierwszej dwudziestce najbogatszych ludzi według tygodnika Forbes. 
- Obejdzie się - rzuciłam ironicznie. Nagle pojawiła się cisza która zaczęła ciążyć w powietrzu.
- Chcesz tu zamieszkać? Prawda? - spytał David poważnie patrząc mi w oczy.
Nie mieliśmy już rodziców, jedyne co nam zostało to ciotki i wujowie których widywaliśmy dwa razy w roku. Brat był najbliższą mi osobą, ale nie wyobrażałam sobie mieszkania z nim sama. 
- Nie wiem. 
David pokiwał głową zamyślony.
- Wolałabyś mieszkać z ciocią Kate?
Nienawidziłam cioci Kate w równym stopniu co David, ale w mniejszym niż nasza matka. Wiele lat temu ciocia chciała przejąc markę byAnn którą założyła matka. Była to marka produkująca ekologiczne kosmetyki nie testowane na zwierzętach. Była popularna zwłaszcza na zachodnim wybrzeżu, ale nie minęło wiele czasu zanim stała się znana w całej Ameryce Północnej. 
Oczywiście mama nie zgodziła się sprzedać nawet jednej trzeciej części firmy. Potem to samo zaproponowała Davidowi kiedy to Black Industries zaczęło odnosić większe sukcesy. Siostra mamy jest znana z niedotrzymywania słowa i leci na pieniędzy. Udowodniła to oszukując babcię oraz z dziadka, przez co cały spadek po nich został zapisany na mamę i wnuki. Ale wracając od rozmowy...
- Nie wiem. 
David pokiwał głowę jakby spodziewał się tej odpowiedzi.
- Jeśli myślisz że Kate chce zastąpić ci matkę to grubo się mylisz. Wiele o niej słyszałem i to nie tylko od naszej rodziny. Testament mamy nie został jeszcze odczytany, ale domyślam się że zapisała ci byAnn. W końcu jesteś twarzą tej marki. Ciotce zawsze zależało na pieniądzach, a ta firma przynosi duże korzyści. Gdybym ja był twoim opiekunem pomógłbym ci ją prowadzić. Wiesz że możesz mi ufać. 
Tak mogłam mu ufać, mimo że nie byliśmy blisko to i tak zawsze dobrze się dogadywaliśmy. Umiałam mu mówić wiele rzeczy. Na przykład kiedy pierwszy raz upiłam się na imprezie to on odholował mnie od domu, albo kiedy pierwszy raz dostałam okres to on mi kupił podpaski (do dziś się czerwienię że akurat on był wtedy ze mną).
- Dobrze zamieszkam z tobą  - powiedziałam, był jedyną najbliższą osoba w moim życiu i w podświadomości cały czas chciałam z nim mieszkać. 
Ale nie byłabym dziewczyną z prawdziwego zdarzenia która lubi gdy ktoś bliski o nią walczy. A o mnie dawno nikt nie walczył.